» Blog » Pamiętnik Edwarda Pride'a #2
17-03-2008 12:56

Pamiętnik Edwarda Pride'a #2

W działach: nWoD, RPG, raporty z sesji | Odsłony: 0

Opuściliśmy rezydencję hrabiego z nieco skwaszonymi minami. Ianowi było wszystko jedno, ale ja z Sergiem cały czas głowiłem się, czy interes który ubiliśmy nie jest przypadkiem strzałem w stopę.

Jak na złość, bardz szybko (zbyt szybko!) dostałem telefon od Ruperta. Tenże poinformował mnie, iż doszły go słuchy o transakcji i dość pospiesznym wycofaniu przeze mnie moich aktywów finansowych. Zaoferował, że w ramach budowania dobrych stosunków jego księgowy zajmie się - całkowicie za darmo - tą sprawą, by Federalni nie mogli niczego wytropić. W rozmowie zasugerował, że to jego ludzie go o tym poinformowali, ale wątpię, by miał tak dobrą siatkę szpiegowską - ktoś musiał mu to sprzedać. Stawiam na Diego.

Postanowiłem wybadać, jakie są szanse zdobycia chemika za pośrednictwem Ruperta. Podobno hotelarz ma godnego polecenia człowieka w San Diego. Nic jednak za darmo. Rupert w zamian chciałby, byśmy przewieźli do Tijuany ghula - kobietę, która ukrywa się wraz z obstawą na terenie San Diego. Mamy na to tydzień, po tym czasie oferta traci ważność. Oczywiście, nie bez kozery ciągnąłem Ruparta za język w tej sprawie - intuicja podpowiadała mi, że to ta sama laska, o której powiedział Hans.

Uzgodniliśmy, że damy Rupertowi znać, jeśli przystaniemy na którąś z jego propozycji.

Omówiliśmy w samochodzie dalszy plan działania. Podrzuciliśmy Iana do doków, gdzie poszedł na rozmowę z Gomezem - swoim człowiekiem od transportu via Baja California. Z jego relacji wywnioskowałem, że rozmowa przebiegła pomyślnie, pan kapitan zszedł z 100 kawałków do 65 przy pierwszym kursie i 55 przy następnych (nawet nie chcę wiedzieć, jak bardzo Grizzly musiał biednego Gomeza przyciskać). Ja wyskoczyłem przy fabryce Hansa, by dowiedzieć się jeszcze czegoś na temat laski z San Diego. Sergio pojechał odstawić pokazową szopkę przed Calvo - w końcu, cholera, takie umowy powinny być tajne. Z tego co wiem, niewiele ustalił (podobno Invictus nie jest tą laską z SD zainteresowany) - za to wkurzony Calvo w demonstracyjny sposób poinformował El Commendante o dealu. To jest w sumie niezły atut - możemy powiedzieć Ernesto, że chcemy przerzucić się na jego dostawy, jeśli jest w stanie zaproponować nam sensowną cenę - i dyskrecję.

Wracając do mojej wizyty u Hansa. Niemieckie książki medyczne z lat 30 i 40 powiedziały wszystko. Nieco zaskoczyło mnie to, że nieludzkie eksperymenty doktora Mengele okazały się być dość przydatne. Hans udowodnił mi na mojej własnej skórze (dosłownie!) przydatne zastosowanie nazistowskich badań. Rana po palniku acetylenowym zagoiła się tak, jakby została zadana lichym nożem. Mam nadzieję, że zyskałem trochę w jego oczach, godząc się na prezentację i jednocześnie nie pokazując strachu.

Udało mi się potwierdzić, że Hans i Rupert potrzebują tej samej osoby. Wiedzą o niej mniej więcej tyle samo, choć Rupert zdaje się być zainteresowany strzygą* z pragmatycznego punktu widzenia, natomiast w przypadku Hansa jest to połączenie jakiejś więzi emocjonalnej z nieco słabszą chęcią zysku. Podejrzewam, że chodzi o osobę, która - podobnie jak Hans - eksperymentowała na wampirach, ghulach bądź ludziach, posiada adekwatną wiedzę, tudzież sama jest wynikiem takiego eksperymentu.

Wiem też, skąd propozycja rabatu 15 kawałków za kilo. Otóż Hans i jego koteria weszli pewnego razu w posiadanie dwudziestu kilogramów towaru, który z przyjemnością upłynnią. Wszystko wskazuje na to, że oprócz specjalistycznych farmaceutyków, Hans nie zajmuje się innymi dragami.
sporządzić listę leków potrzebnych Jorge!

Z tego co pamiętam, tamtej nocy niewiele więcej się wydarzyło, a my udaliśmy się na spoczynek.

Następnej nocy, rozpoczęliśmy wieczór od wizyty w fabryce hrabiego. Ghule nas przeszukały i zawiązały nam oczy i zatkały uszy, jednak ktoś niezorientował się, że mój iPhone posiada GPS. Jak później miało się okazać, było to zresztą bez znaczenia.

Naszym przewodnikiem był Nuno Pez. Zaradny chłopak, zepchnięty do roli wampira na posyłki. Nie mogę jednak powiedzieć, by dobrze znał się na produkcji koksu. Taki raczej typ cwaniaka. Oczywiście nasza wizyta w fabryce nie mogła się miło i przyjemnie skończyć. Rozmowę przerwał huk eksplozji. Ostrzał z broni rakietowej zniszczył wieże strażnicze. Nuno okiem eksperta orzekł, że to rajd - i już chciał zwiewać gdzie pieprz rośnie, ale wpierw przypomniałem mu o interesie, który mieliśmy dobić. Pobiegliśmy na zaplecze. Nuno dostał walizkę, ja dostałem piętnastokilową paczkę. Ian i Sergio, korzystając z zamieszania, wzbogacili się o półtora kilo więcej - dobre 30 kawałków do przodu. Nie licząc na to, że panowie w kamizelkach "Policia" wezwą konsula i zaproponują ciepłą kawę, wybiegliśmy z budynku za Meksykaninem. Rozeznaliśmy się w sytuacji - niedaleko mniejszej bramy, oprócz vana i mundurowych, stała też zakonnica. Niestety, Ian-mistrz dywersji dał się zauważyć, i wampirzyca (bo chyba nie misjonarka-donosicielka) wydała gliniarzom polecenie dorwania nas. Poradziliśmy sobie z nimi dość szybko (jeden martwy, drugi nieprzytomny)... i wtedy usłyszałem niesłychanie szybki bieg za swymi plecami. "Siostra" wbiła mi nóż-krucyfiks w plecy prawie po rękojeść. Spanikowałem, użyłem na niej mocy Dominacji - zadziałała, ale nie tak dobrze, jak chciałem. Na szczęście z pomocą Sergio zmusiliśmy zakonnicę do ucieczki. Ian tymczasem podjechał nam policyjnym samochodem prosto pod nos. Nie pozostało nic innego, jak wskoczyć do pojazdu i zwiać. Gdy odjechaliśmy rozsądną odległość, zatrzymaliśmy się. W vanie gliniarzy znaleźliśmy mapę z zaznaczonymi punktami (jednym z nich była fabryka) oraz sporo broni, którą przywłaszczyliśmy. Udało nam się wywnioskować, że gliniarze działali bez protekcji "góry" - dorabiali sobie po kryjomu do emerytury. Ian w międzyczasie zwerbował kojota do wytropienia drugiego vana napastników. Na szczęście, na takim odludziu nie kursuje wiele pojazdów. Sergio pogadał z Calvo - mieli przyjechać, by zabrać policyjny wóz, oraz podstawić nam naszą brykę. Ustaliliśmy, że ściągniemy dla kartelu jakiegoś speca od kryminalistyki z San Diego, który przebada pojazd. Jak się okazało, razem z obstawą i tirem przyjechał Nuno - wystraszony, ale cały i zdrowy. Powiedział, że czeka nas przesłuchanie u hrabiego (czego się spodziewaliśmy) oraz - mniej oficjalnie - że chciałby prysnąć z Tijuany do SD i zająć spokojne stanowisko na jakiejś cichej dzielnicy. Podobno już 15 lat musi męczyć się bez awansu w szeregach Niezwyciężonych i ma po prostu dość. Powiedziałem, że rozważymy propozycję i podejmiemy już pewne kroki, by w miarę bezkonfliktowo wyciągnąć Nuno z Tijuany, jeśli ustali dla nas, ile koksu kupił Tattaglia, oraz ile zapłacił. Przy okazji dowiedziałem się, że hrabia jest uzależniony od krwi swego syna (najwyraźniej jego krew jest już bardzo potężna), a obaj związani są ze sobą więzami krwi. Nuno twierdzi, że nałóg zniszczył hrabiemu umysł i odebrał inicjatywę. Wszystko wskazuje też na to, że oprócz Diego, hrabia posiada innych potomków, którzy z chęcią zajęliby miejsce "braciszka".

Z koksem, udaliśmy się na polowanie, "zakup" nadajnika radiowego (który Sergio sprytnie schował w paczce narkotyków, by Gomez nas nie oszukał) a następnie odrzuciliśmy paczkę Gomezowi. By się nie rzucał, dostał dodatkowo 2 kawałki do ręki, wraz z zaliczką za rejs.

Warto wspomnieć, że ustaliliśmy w ciągu tych dwóch nocy szczegóły przerzutu i dystrybucji.

Na wodach Baja California kuter rybacki Gomeza mija jacht, na którym grzeją kształtne pupy panienki Sergio wraz z Żyletą, człowiekiem Iana. Paczka z towarem zostaje przerzucona z pokładu na pokład. W razie kłopotów (obie jednostki posługują się umówionymi sugnałami), Gomez zatapia towar. Paczka jest wodoszczelna i znajduje się w wydrążonej kłodzie, któa nie wzbudzi podejrzeń nurków. Radiolokator posłuży nam do namierzenia nadajnika pod wodą. Ian, ze swoją Niewrażliwością jest w stanie zejść na dno i wydostać paczkę.

Co do dystrybucji, zdecydowaliśmy się na podejście dwutorowe. Na terenie Old Town działają tylko nasi dilerzy, na stałych pensjach, z prawem do procentu utargu i ubezpieczeniem prawnym i finansowym w razie wpadki. My ustalamy ceny, ochraniamy interes i dbamy, by wszystko było w najlepszym porządku. Jeśli jakiś diler spoza dzielnicy przjdzie do nas i zechce kupić towar hurtowo, nie ma sprawy. Ma prawo zrobić z nim wszystko, nawet go zjeść. Nie jest kojarzony z nami, ma własną markę. Jak sprzeda źle, to więcej do nas nie przyjdzie, bo nie będzie go stać. Jak sprzeda dobrze, to kupi u nas następnym razem dwa razy tyle. W ten sposób nie wiążemy się zbyt mocno z dilerami spoza dzielnicy i umożliwiamy im wolne działanie -w ten sposób dostosują sprzedaż do lokalnych warunków (inaczej się diluje na uczelni, a inaczej w bogatej dzielnicy - tyle to i ja wiem) i więcej zarobią. Jeśli kupią oprócz koksu również protekcję prawną czy fizyczną, to tylko lepiej dla nas. Jednocześnie, nikt nas nie skojarzy ze złym koksem. Jeśli jakiś diler zacznie sprzedawać zły towar (bo będzie się mu to bardziej opłacać), metka przylgnie do niego, a nie do nas. Na teren Oldtown musi pójść towar pierwszej jakości.

Myślałem też o jeszcze jednej rzeczy - o dobrym PRze. Będę musiał wkręcić się na jakieś prywatne imprezy elit San Diego, pogadać ze znajomymi z kolorowych magazynów i prasy towarzyskiej. Podejrzewam, że dałoby się wypromować klub Sergio na imprezownię, w której hulają elity tego miasta. Opłacić kilku muzyków (może raperów), niech nagrają kawałki o tym lokalu, zaprosić znane celebrities[, urządzić naprawdę porządną imprezę - a co tam, trochę koksu na darmowe działki możemy poświęcić. Tacy ludzie to forsa, ogromna forsa. Podejrzewam, że dragi to nie wszystko - bylibyśmy w stanie im zaproponować rozrywki, o jakich im się nie śniło. A Sergio idealnie nadaje się na człowieka, który to wszystko rozkręci.
Może z czasem, gdy będziemy dysponowali najsłynniejszym klubem w San Diego, uda nam się stworzyć miejscowe Elizjum?


(*) ze względu na to, że nie podoba mi się wersja żeńska "ghulka" ani "ghulica", będę stosował zamiast słowo strzyga, które moim zdaniem ładnie brzmi, pasuje do kobiecych ghuli i nie pojawiło się (o ile się nie mylę) nigdzie wcześniej w podręcznikach White Wolfa.
0
Nikt jeszcze nie poleca tej notki.
Poleć innym tę notkę

Komentarze


Gruszczy
   
Ocena:
0
Strzyga jest fajna. Ghule i strzygi. Będziemy używać :)
17-03-2008 13:16
symbiot
   
Ocena:
0
Bardzo fajnie napisane i co najważniejsze przejżyście.
Strzyga okej.
18-03-2008 10:49

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.